Po co ludzie biegają? Silesia Marathon okiem uczestnika
Jakub Łaskawski 25 października 2026
źr.silesiamarathon.pl
Jeszcze kilka miesięcy temu kompletnie nie rozumiałem idei biegania. Człowiek się męczy, je jakieś dziwne jedzenie, bolą go kolana i wydaje krocie na buty z dużą ilością pianki. A parę tygodni temu sam jadłem ryż z jabłkiem, popijając to sokiem, żeby „dobić węgle” przed półmaratonem. Co się stało? Jak „nudne” bieganie stało się ważną częścią mojego życia, jakie to uczucie wbiec na legendarny Stadion Śląski i przede wszystkim: po co to wszystko robić?
Jak zacząłem biegać?
22 maja napisałem zapowiedź pierwszego w historii Maratonu Zagłębiowskiego. Szczerze mówiąc, dowiedziałem się o nim od mojego brata, Piotrka, który zamierzał go przebiec. Piotrek biega od kilku lat i nigdy go nie rozumiałem. Jest tyle ciekawych sportów, a jednak wybrał ten monotonny, w którym nic się nie dzieje, a najciekawszym momentem tego treningu jest czerwone światło na pasach i chwila przerwy.
W dzień maratonu (a w zasadzie noc) pojechaliśmy rodziną na ArcelorMittal Park w Sosnowcu i sprawdzając aplikację z progresem zawodników, czekaliśmy na finiszu trasy. Po niespełna pięciu godzinach, Piotrek wbiegł na metę, a ja dowiedziałem się, że nawet w tak nudnym sporcie są emocje. Po przemyśleniu, ile wymagało to wysiłku, ile czasu na przygotowania i jak mocnego układu nerwowego, zacząłem go zwyczajnie podziwiać.
I wtedy usłyszałem cichy głos z tyłu głowy, który brzmiał jakoś tak: „Też tak chcę!” Gdybyśmy nie żyli w dwudziestym pierwszym wieku, zapewne na tym głosiku by się zakończyło, ale jakimś cudem mój telefon też usłyszał ten głos. Kolejnego dnia po przebudzeniu cały mój Instagram zalał się kontentem biegowym. Internetowi twórcy próbowali mnie przekonać, że bieganie nie ma złego wpływu na kolana, że bieganie wydłuży moje życie i ogólnie to jeszcze zakończy głód na świecie.
No i zwyczajnie uległem tej propagandzie. Tego samego dnia wieczorem włożyłem możliwie najmiększe buty z szafy i poszedłem przebiec ot tak, luźne 7 km. Jak można się domyślić, po pierwszym kilometrze przeszedłem do marszu i starałem się jakkolwiek przeżyć, a czasem podbiec kilka metrów. Moje średnie tętno na pierwszym treningu wynosiło ze 180, a następnego dnia doświadczyłem zakwasów, które pozbawiły mnie uśmiechu na kolejne kilka dni.
Kolejny trening nadszedł 1 lipca. Zniechęciłem się do tego biegania i już nawet nie pamiętam, co mnie do niego z powrotem zachęciło. Obstawiam, że był to losowy przypływ motywacji o trzeciej w nocy. Pobiegłem wtedy dużo wolniej, mniejszy dystans i świadomie stosowałem przerwy na marsz. Największym sukcesem tego biegu był brak zakwasów na dzień kolejny. Zachwycony tym sukcesem, zapisałem się na półmaraton podczas wydarzenia „Silesia Marathon”. Tak. Po pierwszym bezbolesnym treningu.
Okres przygotowawczy do biegu
Cel był ambitny, bo stwierdziłem, że od absolutnego zera w trzy miesiące zrobię półmaraton poniżej dwóch godzin. Coś, czego wiele osób nie potrafi zrobić rok, ja zrobię w trzy miesiące.
Moim trenerem został Claude. Po krótkiej rozmowie z asystentem AI otrzymałem plan treningowy. Biegałem z tanim zegarkiem, który bardzo umownie śledził moje tętno i tempo, ale musiało wystarczyć. Butów na razie też nie kupowałem, bo obawiałem się, że moje nowe hobby wytrzyma maksymalnie do półmaratonu.
Pierwsze treningi były trudne, ale widziałem bardzo szybki progres. Coraz rzadziej się zatrzymywałem, a tętno przy tym samym tempie malało. Znaczyło to tyle, że budowałem bazę tlenową. Dowiedziałem się o tym oczywiście z Instagrama, gdzie panuje pewna propaganda wolnego biegania. Pokrótce: bieganie w drugiej strefie (60-70% tętna maksymalnego) pomaga budować więcej mitochondriów w komórkach mięśniowych, dzięki czemu te mięśnie mogą wydajniej pracować. No i tak biegałem. Powoli i uważnie, żeby moje tętno nie przekroczyło 140. Nie mam pojęcia, jak ja to wytrzymałem, ponieważ było to ekstremalnie nudne i monotonne. Nie pomagał fakt, że podczas biegania wyprzedzały mnie spacerujące matki z wózkami.
W sierpniu zacząłem pracę nad tempem. Robiłem to na dwa sposoby: pierwszy to interwały na bieżni lekkoatletycznej, a drugi to bieg progowy. Oba polegają na szybkim bieganiu w czwartej strefie tętna (80-90% tętna maksymalnego), a w połączeniu z tymi wolniejszymi, tlenowymi treningami można biegać szybciej i dłużej.
I warto tutaj jeszcze napisać, o co chodzi z tym tempem. Co to znaczy, że tempo wynosi 5:00 albo 9:20? Osoby niebiegające często mogą dostać szału od tych cyferek, a jest to naprawdę proste. Liczba, powiedzmy, 6:23 oznacza, że kilometr pokonamy w sześć minut i dwadzieścia trzy sekundy. Bardzo proste, prawda? Tyle z teorii.
W praktyce jednak, jedyna zmiana jaką odczułem po dołożeniu innego typu wysiłku, to jest to, że zaczęły mnie boleć stopy i kolana. Stwierdziłem, że to super wymówka, żeby w końcu kupić buty do biegania. Postawiłem na Adidas Evo SL, ponieważ były na wyprzedaży i podobały mi się już od pewnego czasu. No i powiem krótko. Inwestycja w buty, które od początku były zaprojektowane do biegania, to była super decyzja. Tym samym kosztem energetycznym mogłem biegać szybciej, a moje stawy nagle poczuły ulgę. Jeśli ktoś zamierza zacząć przygodę z bieganiem, wczesny zakup porządnych butów to chyba najlepsza inwestycja, jaką można poczynić.
Ciekawą rzeczą związaną z wieloma butami do biegania jest to, że mają one „Rocker”. To jest takie wyprofilowanie, dzięki któremu but zachowuje się jak koń na biegunach. Dzięki temu podczas chodu lub biegu, występuje uczucie na zasadzie: „Wow, one same zachęcają do kolejnego kroku!” Ale nie będę was teraz zanudzać dwoma miesiącami treningów, bo opisanie tego w ciekawy i zabawny sposób graniczy z cudem.
Punktem zwrotnym w tej przygodzie był trening 15 września, bo był to najdłuższy bieg w moim życiu. Zrobiłem dość wolne osiemnaście kilometrów, które miały mnie upewnić, że uda mi się zrobić ten półmaraton. Po powrocie do domu poczułem straszny ból kolana. Posmarowałem je jakimś żelem przeciwbólowym i liczyłem, że to minie. Ale nie minęło. Wizja tego, że za dwa tygodnie pobiegnę mój pierwszy półmaraton, a kolano nie daje mi spokoju, zmusiła mnie do umówienia wizyty u fizjoterapeuty. Po krótkich konsultacjach i zrobieniu tego, co fizjoterapeuta ma w zwyczaju robić, okazało się, że cierpię na chondromalację rzepek. Oznacza to, że moje rzepki w kolanach się degradują. Na szczęście był to w miarę wczesny etap tego schorzenia, więc nic strasznego. Dostałem zestaw rozciągań, które miałem wykonywać przed bieganiem, i zalecenie, aby wzmocnić mięśnie nóg, ale to już dopiero po półmaratonie.
Tydzień przed startem kupiłem żele z węglowodanami i wypróbowałem jeden na czterokilometrowym truchcie. Nie siadł mi na żołądku, ale wiedziałem, że nie jest to w żadnym stopniu miarodajne, bo to był tylko jeden, na bezwysiłkowym treningu, a czwartego października zjem ich cztery na najmocniejszym biegu w życiu.
Dlaczego więc nie mogłem zrobić bardziej miarodajnego testu, jakiegoś szybszego tempa, większego dystansu? Teraz będzie trochę wiedzy. Przed zawodami, w których chcemy być w absolutnie topowej formie, warto jest zrobić coś takiego jak „tapering”. Polega to na zmniejszeniu intensywności i objętości treningów tydzień przed tym najważniejszym biegiem. Pomaga to wypocząć organizmowi, głowie i nogom. W dzień startu jest się po prostu bardzo wypoczętym i głodnym kilometrów. Jednocześnie nie można kompletnie zawiesić biegania, żeby się nie zasiedzieć.
Z ciekawych technik optymalizujących nasz wynik warto też wymienić „carb loading”, czyli zwiększenie podaży węglowodanów, kosztem tłuszczów i białka na dwa-trzy dni przed startem. Robimy to, aby maksymalnie uzupełnić zapasy glikogenu w mięśniach. Dzięki temu organizm dysponuje większą ilością łatwo dostępnej energii podczas wysiłku wytrzymałościowego, co może opóźnić moment pojawienia się zmęczenia. Na wielki plus jest też ograniczenie błonnika, dzięki czemu unikniemy problemów żołądkowych.
Sam „ładowałem węgle” i myślę, że bardzo mi to pomogło. Co prawda zmęczenie na trasie pojawiło się już po pierwszym kilometrze, ale byłem w stanie biec taki „zmęczony” przez bardzo długi czas. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem, zawsze, gdy pojawiało się to uczucie, zwalniałem lub zatrzymywałem się, a tego czwartego października po prostu je zignorowałem. Na pewno miała na to wpływ adrenalina, ale o samym biegu już za chwilę.
Jedyne co chce jeszcze dodać o tym carb loadingu, to to, że przez kolejny tydzień nie mogłem patrzeć na cokolwiek słodkiego lub zawierającego duże ilości mąki. Ale teraz przejdźmy do crème de la crème tego artykułu.
Silesia Marathon
Na trzy dni przed 4 października odebrałem swój pakiet startowy. Zawierał on numer, torbę depozytową, koszulkę, ulotki, kawę i makaron (fuj).
Kiedy stałem w półgodzinnej kolejce, po odbiór danego pakietu, zaczęło do mnie docierać, co ja właściwie robię. Nigdy nie przebiegłem tego dystansu, kolano zaczynało mnie boleć na piątym kilometrze, a w dodatku założyłem, że będę chciał przebiec ten dystans poniżej dwóch i pół godziny (owszem, na początku artykułu pisałem o planach na złamanie dwóch godzin, ale dość szybko zmieniłem cel), gdzie moja próba na osiemnaście kilometrów zajęła mi dwie godziny i czterdzieści minut. Dodatkowo organizatorzy Silesii specjalnie dla takich jak ja porozwieszali na słupkach teksty, które brzmiały jakoś tak: „Jeszcze możesz zawrócić”, „Sam sobie to robisz” i inne takie.
Dnia przed półmaratonem kompletnie nie pamiętam. Wiem tylko, że otejpowałem prawe kolano i przygotowałem ubranie. W niedzielę, czwartego października, obudziłem się około 6:30.
Półmaraton zaczynał się około 9:45, ale logistyka tego dnia przez zamknięcie części miasta mogła być utrudniona. Zjadłem tosta z miodem, wypiłem podwójne espresso i wyjechałem z domu. O 7:40 zaparkowałem samochód pod pięknym budynkiem CNTI i poszedłem na przystanek tramwajowy. Linią 11 pojechałem w stronę Stadionu Śląskiego, ale nieopodal Silesia City Center tramwaj musiał się zatrzymać na jakieś dwadzieścia minut, ponieważ przepuszczaliśmy maraton startujący o ósmej. Wypatrywałem tam mojego brata, który biegł ten królewski dystans, ale nie dałem rady go znaleźć wśród blisko trzech tysięcy innych biegaczy. Kiedy maratończycy przebiegli ten fragment trasy, tramwaj ruszył i chwilę później zatrzymał się pod Stadionem Śląskim.
Po wejściu na teren „Kotła Czarownic” trochę się porozciągałem, oddałem worek z depozytem i ustawiłem się w swojej grupie startowej z pacemakerami na 2:20. Są oni punktem odniesienia dla innych biegaczy, pokazującym, w jakim tempie biec. Ale tym razem 2:20 nie oznaczało, że w dwie minuty i dwadzieścia sekund pokonamy kilometr, tylko, że w dwie godziny i dwadzieścia minut ukończymy półmaraton.
Kiedy przyszedł czas na moją grupę startową, a z głośników zaczęło lecieć „Thunderstruck” zespołu AC/DC, spojrzałem na mój zegarek. Pokazywał on tętno na poziomie 150, mimo że jeszcze nie przebiegłem nawet metra. Po odliczaniu i starcie poczułem, że moje tętno poszło w górę o kolejne kilka oczek, ale nie przejmowałem się tym, bo nic nie mogłem z tym zrobić. Włączyłem w zegarku start biegu i właśnie wtedy zaczął się mój pierwszy półmaraton.
Jeśli mam być szczery, to pierwsze cztery kilometry były najgorsze. Straszny tłok i straszny stres. Zegarek pokazywał tętno w okolicach 180, pacemakerzy mi uciekli, a ja zacząłem rozpaczliwie i nieskutecznie próbować złapać głębszy oddech. Zazwycna zaj treningach, gdy tętno zbliżało się do tej ostatniej piątej strefy, przychodziła zadyszka i zatrzymanie się. Ale nie tego dnia.
W okolicach Spodka, gdy zbiłem piątkę ze stojącym w strefie nawodnienia, Damianem Bąbolem i zjadłem pierwszy żel, poczułem, że dam radę biec dzisiaj w tej piątej strefie przez następne szesnaście kilometrów. Widocznie, właśnie wtedy opłaciły się te wszystkie węglowodany zjedzone przeze mnie w ciągu ostatnich trzech dni. Myślę, że adrenalina też była ogromnym bodźcem. W okolicach Uniwersytetu Ekonomicznego zjadłem drugi żel, a trzeci kilometr przed Siemianowicami.
Żele były bardzo pomocne, bo chwilę po wzięciu czułem nagły przypływ energii, który opadał bardzo powoli. Czwarty, już ostatni, zjadłem w połowie legendarnego podbiegu na ulicy Telewizyjnej. Wtedy pierwszy raz przeszedłem w marszobieg, ale szczerze… nie jest taki straszny, jak wszyscy go opisują. Owszem, dał mi w kość, ale kiedy zobaczyłem Telewizję Polską i wiedziałem, że zaraz wbiegnę do Parku Śląskiego, to cały ten podbieg wydał się lżejszy, niż rzeczywiście był.
Na samym początku parku, była wielka strefa kibica i jedna wielka impreza. To również dodało mi sił, ale nie tak bardzo jak chłód, wynikający z drzew i cienia. Musicie bowiem wiedzieć, że tego dnia było dosyć ciepło, na co po biegu żaliło się wielu biegaczy.
Odcinek w Parku Śląskim był najprzyjemniejszym fragmentem z całej trasy. Miały na to wpływ zarówno wspomniana wcześniej niższa temperatura, jak i przede wszystkim zbieg. No bo skoro wejdziemy na jakąś górkę, to jakoś trzeba też z niej zejść. I ta myśl parę chwil wcześniej, kiedy wbiegałem na tę Telewizyjną, dawała mi najwięcej siły. Że to minie, a za parę chwil będę mógł bezboleśnie podkręcić tempo. Tak też zrobiłem, a w parku wyprzedziłem mnóstwo osób i po raz kolejny doceniłem siłę węglowodanów.
W pewnym momencie zacząłem słyszeć straszny hałas, mnóstwo muzyki i stłumiony głos spikera. Oznaczało to, że do Stadionu Śląskiego zostało już naprawdę niewiele. Wtedy uświadomiłem sobie, że chyba mi się uda. Że pomimo tak krótkiego przygotowania, pomimo zmęczenia na drugim kilometrze i pomimo tego, jak bardzo nienawidziłem biegać, chyba się uda. Paręset metrów dalej pojawił się; ten legendarny śląski obiekt, znany każdemu w województwie, a może i w państwie „Kocioł Czarownic”.
Wbiegając na stadion i widząc niebieską bieżnię, poczułem, że wszystko ucichło. Biegłem dokładnie tym samym torem, którym miesiąc temu podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej biegła Ewa Swoboda i inni światowej klasy biegacze.
Do mety dzieliło mnie już mniej niż 400 metrów, więc pobiegłem tak mocno, jak tylko potrafiłem. Zebrała się we mnie tak wielka adrenalina, że kompletnie nie słyszałem dopingu trybun, a ludzi biegnących przede mną mijałem w mgnieniu oka. Kiedy już przebiegłem przez bramkę, a pewna wolontariuszka powiesiła na mojej szyi złoty medal, odszedłem parę metrów dalej i położyłem się. Wszystko wtedy puściło i poczułem ból kolana, którym absolutnie się nie przejąłem. Właśnie przebiegłem półmaraton z czasem 2 godziny i 28 minut.
Leżałem tak przez dwie minuty, uśmiechając się do nieba. Zrobiłem to. Chwilę później wyszedłem na trybuny, gdzie czekali moi najwierniejsi kibice. Moja rodzina.
Po co ludzie to sobie robią?
Żeby to zrozumieć, trzeba to robić. Bo umówmy się. Jak to wygląda? Człowiek dobrowolnie się męczy, poci, marznie zimą, moknie w deszczu, bolą go stawy i mięśnie. No i jeszcze płaci wpisowe na zawody, bo inaczej to się nie liczy. Sam tego nie rozumiałem. Ale te dreszcze, kiedy pierwsze grupy zaczynały swój bieg, a ja czekałem na swoją kolej, ta ulga, kiedy był już półmetek biegu i przede wszystkim-uczucie którego zwyczajnie nie jestem w stanie opisać słowami. Widok Stadionu Śląskiego, otrzymanie pięknego medalu i świadomość dobrze wykonanej roboty.
Dla tych kilku godzin życia warty był każdy trening i każda kropla wylanego potu. Tego się nie da kupić. Trzeba to zrobić samemu. Przed biegiem każdy ma swój cel, swoje obawy, swoją historię. Jedni walczą o życiówki, inni o ukończenie pierwszego biegu. W trakcie przychodzą różne myśli. Są chwile, kiedy czuje się świetnie i ma się wrażenie, że można biec bez końca. Są też takie momenty, kiedy każdy krok kosztuje trochę więcej wysiłku niż poprzedni. Właśnie wtedy przypominają się wszystkie treningi. Wszystkie wieczory, gdy nie chciało się wychodzić z domu, wszystkie poranki, kiedy budzik dzwonił zdecydowanie za wcześnie i wszystkie kilometry, których nikt poza tobą nie widział.
Tak się buduje wspomnienia, których NIE DA SIĘ KUPIĆ. Dlatego ludzie to robią. Żeby przeżyć coś, co trzeba samemu wypracować. Żeby wrócić do domu, odłożyć medal na półkę i zasnąć jak bobas. Po czym kilka dni później znowu założyć buty do biegania i po prostu biec.
A ja, pomimo tego, że jestem w stanie przebiec 21 kilometrów, zrobić 5 kilometrów w 25 minut lub 10 poniżej godziny, dalej się męczę, kiedy trzeba wejść na samą górę budynku A.
- Po co ludzie biegają? Silesia Marathon okiem uczestnika - 25 października 2026
- Medykalia ruszają już w ten piątek! - 27 maja 2026
- Bieg pod gwiazdami – Maraton Zagłębiowski już 23 maja! - 22 maja 2026
