Gdy historię tworzy chaos. O „Poznaniu 56” Filipa Bajona

źr. imdb

„Poznań 56” Filipa Bajona to dzieło niezwykle osobiste, które zamiast chłodnej rekonstrukcji historycznej, oferuje nam gęstą, niemal oniryczną podróż w głąb subiektywnej pamięci. Cała struktura filmu opiera się na szczątkach pamięci samego reżysera, który w trakcie opowiadanych wydarzeń był dziewięcioletnim chłopcem. To właśnie ta perspektywa – dziecka, które nie rozumie wielkiej polityki, ale chłonie świat wszystkimi zmysłami – nadaje obrazowi charakter poszarpanego wspomnienia.

Bajon nie sili się na historyczny obiektywizm, lecz prowadzi nas przez miasto ogarnięte chaosem śladem dwóch chłopców, którzy traktują czołgi na ulicach niczym egzotyczne bestie. Zamiast kreślić wygładzony czarno-biały scenariusz, reżyser rzuca nas w obrazy przesycone dymem, brudem i paraliżującą niepewnością, gdzie każda brama i uliczka stają się pułapką. Ta nieliniowość filmu przypominająca mechanizm wyparcia, pozwala odczuć wszechobecną dezorientację: nikt nie wie kto strzela, skąd strzela i dlaczego strzela.

Rwana, fragmentaryczna narracja idealnie obrazuje wydarzenia minionego dnia – momentu, w którym rutyna została brutalnie przerwana przez wybuch społecznego gniewu, a podwórkowa zabawa diametralnie zmieniła się w traumatyczną lekcję dorosłości. Wybitni aktorzy tacy jak Michał Żebrowski, Jerzy Radziwiłowicz czy Janusz Gajos, tworzą surowe studium ludzkich postaw wobec terroru i chaosu. Widzimy tu ludzi wrzuconych w tryby bezlitosnego systemu, miotających się między instynktem przetrwania, a wywołaniem buntu.

Bajon, wracając do swoich wspomnień z 1956 roku, stworzył film o gwałtownym przerwaniu niewinności – zarówno dziecięcej, jak i narodowej, wierzącej w możliwość buntu przeciwko systemowi. W efekcie dostajemy kino niezwykle plastyczne i sugestywne, które zamiast cytować daty, każe nam niemal poczuć zapach prochu i dymu, stając się przy tym jednym z najbardziej przejmujących i odważnych rozliczeń z polską historią.